Tragedia w komediowym gorsecie, czyli „sztuka” Wychowanka

Tragedia w komediowym gorsecie, czyli „sztuka” Wychowanka

Pierwodruk: Tragedia w komediowym gorsecie, „Dialog” 2014, nr 5, s. 54-63; Tragedia w komediowym gorsecie, [w:] Nikt mnie nie zna, czyli Fredro niekanoniczny, pod red. Agaty Adamieckiej-Sitek, Warszawa 2015, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, s. 65-75.

Wychowanka, druga z późnej serii komedii Fredry, intryguje z wielu względów. Bywała odbierana bardzo różnie, teatry grały ją sporadycznie, a krytyka nie do końca potrafiła wyjaśnić fenomen jej sprzecznych tonów.

Wiadomo, że rodzinie Fredry bardzo się podobała, zwłaszcza żonie, Zofii – imienniczce głównej bohaterki. Świadczą o tym wspomnienia wnuczki, Marii Szembekowej: „z dzieł czytanych w kółku rodzinnym ogromnie się wszystkim, szczególnie babce, podobał dramat Wychowanka[1]. Co więcej, w opinii rodziny Fredro złagodził, a nie wyostrzył wymowę faktów znajdujących się u podłoża sztuki (dzieje baronostwa Konopków i ich wychowanicy Heleny, córki kowala). Zofia Szeptycka uważała Wychowankę za „sztukę, na której kiedyś muszą się ludzie poznać”[2].

Gdy utwór opuścił szufladę i trafił na scenę (29 września 1877 w teatrze krakowskim, w reżyserii Józefa Rychtera) – odczucia były mieszane. Oczekiwano komedii w starym stylu Fredrowskim, a zobaczono zjadliwą krytykę współczesności, dziwnie ubraną w komediowy schemat i opatrzoną „szczęśliwym zakończeniem”, wyraźnie sprzecznym z tonacją całości. Na afiszu napisano „komedia serio”, niezupełnie zgodnie z intencją Fredry, który w autografie użył słowa „sztuka”, nie „komedia”[3]. To znamienne przesunięcie, bowiem wskazuje, jak silny wpływ na odbiór utworu miało odruchowe przekonanie, że dzieło Fredry musi być komedią. Antoni Zaleski (podpisany „A.Z.”) na łamach „Czasu” utwór chwalił: „Połączenie żywiołu tragicznego z komizmem, tworzące komedię serio, poczytać należy za największą zaletę; scen pełnych życia i komizmu tam nie brak, owszem humor Fredry ten sam jak dawniej zawsze wykwintny i czystej wody, dowcip oryginalny i doskonały”[4].

Wkrótce po Krakowie, 15 października 1877, Wychowankę wystawiono we Lwowie i tu spotkała się z ostrą krytyką. W „Dzienniku Polskim” napisano, że w ogóle lepiej nie pokazywać dzieł Fredry powstałych po roku 1835, „gdyż przez to wystawia się na szwank zasłużoną sławę pisarza”[5]. Wytknięto nawet sztuce „niezbyt moralny temat, a właściwie niemoralne jego przeprowadzenie”.

Warszawa zobaczyła Wychowankę 18 lipca 1881 w teatrzyku letnim „Alhambra” w wykonaniu trupy Józefa Puchniewskiego. „Kurier Warszawski” chwalił „plastyczność w rysunku charakterów” oraz „szczery, swobodny, naturalny dowcip”[6]. Bardziej krytyczny był Zygmunt Sarnecki w „Echu”, który napisał: „Kanwa może jest za ciemną, robota za grubą, sceniczność zbyt szukaną, ale całość nosi na sobie wszystkie piętna potężnej indywidualności autora”[7]. Jednak i on postrzegał Wychowankę jako komedię, a domieszkę „melodramatyczności” uznał za „niepotrzebną”. Ponury obraz przedstawionego świata Sarnecki obłaskawił stwierdzeniem, że komediopisarz „płacze w kulisie” wobec niegodziwości ludzkiej. Wygląda więc na to, że sztuka śmieszy na scenie, a wywołuje płacz w ukryciu.

Dwa lata później, 12 kwietnia 1883, wystawiono Wychowankę w Poznaniu, ale przeszła niezauważona. Sztuka zniknęła ze sceny na przeszło pięćdziesiąt lat. Przywrócił ją teatrowi dopiero 1 września 1935 roku Karol Frycz, ówczesny dyrektor Teatru Miejskiego im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Staranna inscenizacja i dbałość o właściwe mówienie wiersza zyskały uznanie i sztukę grano przez dziewięć wieczorów. Tadeusz Żeleński (Boy) specjalnie pojechał do Krakowa na premierę, bowiem Wychowankę oceniał bardzo wysoko. Dostrzegł w niej nie komediowość, lecz to, co znacznie ważniejsze – zjadliwą satyrę. Pisał: „Pasja, z jaką Fredro charakteryzuje dwór państwa Morderskich, przywodzi na myśl najokrutniejsze obrazki balzakowskie z prowincji; nowoczesność zaś techniki objawia się zwłaszcza w sytuacjach aktu drugiego, gdy na scenie grają w karty, oddają się pijatyce, tańczą mazura z hołubcami, gdy równolegle rozgrywa się najprawdziwszy dramat «wychowanki». Nigdzie w dawnym Fredrze, a bodaj że w całym jego teatrze, nie znajdziemy takiej instrumentacji”[8].

Podobnie wysoko oceniał Wychowankę Kazimierz Wyka. W obszernym wstępie do VII tomu Pism wszystkich Fredry pisał o drugiej serii komedii, że „grywano [je] na ogół jako dalszy ciąg starego Fredry, twórcy Zemsty, a nie jako to, czym są istotnie: wstępem do nowoczesnej komedii polskiej”[9]. „Osobistym moim zdaniem – pisał dalej Wyka – Wychowanka i Rewolwer dzielą miejsce najpierwsze wśród przodujących komedii Fredry z jego drugiego debiutu”[10]. „Wychowankę […] trzeba czytać […] poprzez Rittnera, Perzyńskiego, Zapolską, wtedy zyskuje swoje właściwe miejsce historycznoliterackie jako zapowiedź i walor artystyczny jako dokonanie”[11].

Po II wojnie światowej zainteresowanie Fredrą wzrosło, grywano go wszędzie i często. „Pamiętnik Teatralny” poświęcił mu numer monograficzny (1958, z. 2), w którym m.in. Bohdan Korzeniewski nazwał komediopisarza „jednym z najbardziej tajemniczych artystów”[12]. Na fali tego zainteresowania wypłynęła i Wychowanka. 16 stycznia 1959 w Teatrze Polskim w Warszawie odbyła się premiera w reżyserii Romana Zawistowskiego, z dekoracjami Andrzeja Stopki. Wśród komentarzy do tej, dobrze przyjętej, inscenizacji najważniejszy był głos Andrzeja Kijowskiego, który opublikował w „Teatrze” recenzję pod znamiennym tytułem Arcydzieło, do którego nie chcemy się przyznać[13]. Pierwszy raz padło słowo „arcydzieło”! Co tak zachwyciło Kijowskiego? Bezpardonowa krytyka Galicji z 1855 roku: „W Wychowance przemówiła nie tylko nienawiść Fredry do galicyjskiej szlachty. Przemówiła także nienawiść Fredry do galicyjskiego filisterstwa politycznego”[14]. W pijanym, groźnym Hryńku Kijowski dostrzegł rys Jakuba Szeli. Zosia, która zaskakuje widzów już w I akcie monologiem przepojonym poczuciem krzywdy i nienawiścią do wszystkich, ma – zdaniem Kijowskiego – „do rozegrania dramat życiowy, z którego wyjdzie ocalona, ale psychicznie połamana”. Happy end jest pozorny, bo „Wszyscy okazują się monstrualnymi kanaliami, kanaliami do samego końca”.

Sąd Andrzeja Kijowskiego o „arcydzielności” Wychowanki nie przekonał teatrów. Od premiery w Teatrze Polskim do dzisiaj minęły 54 lata i w tym czasie trafiła zaledwie dwukrotnie na deski sceniczne: w 1963 w Teatrze Śląskim w Katowicach (prem. 1 marca 1963, reż. Roman Zawistowski) i w 1979 w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku (na Scenie Kameralnej w Sopocie, prem. 20 stycznia 1979, reż. Stanisław Hebanowski), oraz raz do Teatru Telewizji (21 stycznia 1984, reż. Stanisław Hebanowski) i raz do Teatru Polskiego Radia (20 lutego 2011, reż. Henryk Rozen).

Recenzent katowicki[15] nazwał Zosię ironicznie „Werterem w spódnicy” i stwierdził, że jej smutek jest „nieprawdziwy”, w przedstawieniu dominuje ton komediowy, a żądna śmiechu widownia była zdezorientowana, bowiem „co się zdecydowała na wesołość, to ją gaszono”. Winą za tę niekonsekwencję obarczył „melodramatyczne skłonności” Wychowanki.

Szerszym echem odbiła się realizacja w Sopocie, zgodnie chwalona przez komentatorów. Premierę uznano za sukces. Recenzenci (Władysław Zawistowski[16], Tadeusz Rafałowski[17], Aleksandra Paprocka[18], Jerzy Zagórski[19]) zgodnie chwalili „nowego Fredrę”, zachwycali się ostrością krytyki przedstawionego świata, współczesnością spojrzenia (bliską Gombrowiczowi) i dopatrywali się w szczęśliwym zakończeniu ironicznego cudzysłowu.

Andrzej Żurowski we wnikliwej recenzji zamieszczonej w „Teatrze” użył określenia „komedia niepoczciwa”, w której „niczym w krzywym zwierciadle odbiło się wszystko to, co uprzednio autor darzył sentymentem i nad czym widz jego łzy ronił. Wychowanką grzebał Fredro świat dworskiej ciszy, prawości i pradziadowych norm”[20]. Pisząc o Zosi jako „obcej”, Żurowski dostrzegł w niej prefigurację Iwony, księżniczki Burgunda.

W programie przedstawienia Hebanowskiego zamieszczono obszerny esej na temat Wychowanki, autorstwa Włodzimierza Cegłowskiego, zatytułowany Skandal w sarmackim dworku. Zosia przypomina autorowi „współczesne feministki o egzystencjalnym na dodatek nastawieniu”, a jej „rozchwianie psychiczne” przywodzi mu na myśl „bohaterki modernistyczne płacące często obłędem za swe przekonania egzystencjalne”. Finał nie ma dla niego posmaku optymizmu, bowiem jasne jest, że Zosia nie ma dokąd uciec. Odwołując się do głośnej książki Jarosława Marka Rymkiewicza Aleksander Fredro jest w złym humorze, Cegłowski podkreśla „nihilizm” Fredry, a jego komedie uważa za „obrazy świata rozpadu wartości”. W końcu zadaje wprost pytanie: „dlaczego nie lubimy Wychowanki?”. Udziela dwóch odpowiedzi: „prostej” – „ci, co chodzą do teatru na Gombrowicza, rzadziej oglądają Fredrę i odwrotnie. Może tym razem Fredro napisał coś w sam raz dla amatorów Gombrowicza?”; oraz „skomplikowanej” – „to, co tu o nas powiedział Fredro, zbyt już jest okrutne”.

Literatura poświęcona Fredrze jest olbrzymia, ale Wychowance nigdy nie poświęcano zbyt wiele miejsca. Rozpiętość opinii literaturoznawców jest znaczna, choć ogólny kierunek jest wzrostowy. Stanisław Tarnowski uważał, że pokazuje ona świat niepolski[21] (1896). Piotr Chmielowski, we wstępie do wydania Komedii Fredry z roku 1898, sztuki: Wychowanka, Teraz i Rewolwer uznał za „najsłabsze w pośmiertnym zbiorze komedii”, bo „nie leżały w zakresie talentu i upodobań Fredry; o tyle tylko posiadają wartość, o ile w nich znajdują się sceny śmieszne, ale to szczerze śmieszne; satyra bowiem unosi autora za daleko i chybia celu”[22]. Wspominane opinie Boya-Żeleńskiego i Wyki, aż do określenia „arcydzieło” przez Andrzeja Kijowskiego, to linia narastających pochwał, ale trwają też głosy krytyczne. Tak np. Bogdan Zakrzewski w eseju Aleksander Fredro. W dwustulecie urodzin, pisząc o Rewolwerze, stwierdza: „Szczęśliwe zakończenie tej komedii, podobnie jak w Wychowance, jest nieadekwatne i niedopasowane do wniosków, jakie narzuca autorski osąd tego groźnego świata. Osąd, z którego Fredro jednocześnie wycofuje się, pod presją komediowych konwenansów…”[23]. Jako przyczynę braku powodzenia najlepszych komedii Fredry drugiego okresu Zakrzewski wskazuje brak „tych optymistycznych wartości emocyjnych utworów sprzed zamilknięcia, które wiążą nas i jednocześnie dzielą (różnią) z szeroko rozumianą tradycją narodową, głęboko zakorzenioną w naszym polskim ustroju psychofizycznym”[24].

Jak odbieramy Wychowankę dzisiaj? Oczywiście w lekturze, bo o zobaczeniu jej na scenie nie ma mowy.

Nadal najbardziej niepokoi konwencjonalne szczęśliwe zakończenie sztuki. Obraz świata jest w Wychowance tak gorzki, a sytuacja życiowa zaszczutej bohaterki tak beznadziejna, że rozwiązaniem „organicznym” wydaje się tragedia – samobójstwo, choroba lub obłęd. Tak kończyły liczne bohaterki postawione w sytuacji bez wyjścia w literaturze XIX, a nawet XX wieku, od Łucji z Lammermooru, Niemej z Portici, po Halkę i dalej – Stefcię Rudecką z Trędowatej.

Wartym uwagi zestawieniem wydaje się (kompletnie zapomniana, jak większość polskiej dramaturgii tak zwanej „krajowej”[25]) sztuka Fryderyka hr. Skarbka pt. Czemuż nie była sierotą?, wystawiona w Teatrze Wielkim w Warszawie 21 lipca 1833 i grywana po kilka razy w każdym sezonie do roku 1842. Autor nazwał ten utwór „dramą”, w komentarzach prasowych użyto terminu „tragedia”. Dziś pewnie powiedzielibyśmy „melodramat”, a Fredro użyłby zapewne tego samego słowa, którym określił Wychowankę – „sztuka”. Utwór Skarbka kończy się śmiercią protagonistów, wynikającą z nierozwiązywalnego konfliktu. Śmierć ta, doprowadzająca widzów do łez, zarazem przywracała ład moralny (według ówczesnych przekonań). Akcja rozgrywa się (jak u Fredry) na wsi, w domu Starościny. Dorastało tu dwoje młodych ludzi: syn Starościny, Gustaw, i sierota nieznanego pochodzenia, Celina. Pokochali się i chcą się pobrać, ale matka stanowczo nie pozwala na ten mariaż, bo zaplanowała rzecz inaczej: Celinę obiecała skromnemu szlachcicowi, Alfredowi, który od dawna starał się o rękę dziewczyny. Gustaw wyjeżdża, Celina, odrzuciwszy Alfreda, w ogóle za mąż nie wychodzi i – niepomna swej krzywdy – troskliwie opiekuje się starszą panią. Ta przed śmiercią wyjawia dziewczynie tajemnicę – nie jest ona sierotą, jej matka żyje i prowadzi karczmę. Celina idzie we wskazane miejsce i poznaje straszną rzeczywistość: brat jest złodziejem, a matka mu pomaga. Następuje scena aresztowania – także Celiny, niejako „przy okazji”. Dziewczyna popada w chorobę psychiczną. Po śmierci Starościny Gustaw wraca do domu, otacza Celinę opieką tak czułą, że chora wraca do zdrowia, a Gustaw ponawia starania o jej rękę. Celina, rozdarta między miłością a obowiązkiem (tak, jak to wówczas pojmowano), odmawia ręki ukochanemu – dla jego dobra, by oszczędzić mu hańby, jaką byłoby małżeństwo z córką karczmarki i siostrą przestępcy. Czemuż nie była sierotą! By zakończyć mękę trudnej decyzji, Celina postanawia w końcu wyjść za mąż za zacnego Alfreda, ale tym razem on odmawia, przekonany, że miałoby to być fikcyjne małżeństwo, stanowiące jedynie przykrywkę dla romansu Celiny i Gustawa, o który to romans młodzi są powszechnie, choć niesprawiedliwie posądzani. W obronie dobrego imienia Celiny Gustaw wyzywa Alfreda na pojedynek i ginie. Nieszczęśliwa Celina doznaje ponownie ataku pomieszania zmysłów, wyskakuje z zamkowego balkonu i umiera. Widownia płacze, ale w głębi serca podziela przekonanie Celiny, że małżeństwo z nią zhańbiłoby Gustawa.

Sytuacja Fredrowskiej „wychowanki”, Zosi, jest jeszcze trudniejsza. Wie ona o swoim niskim pochodzeniu, a napiętnowana jest z tego powodu potrójnie. Po pierwsze dlatego, że jej ojciec, Hryńko Bajduła, to człowiek niskiego stanu, choć nie chłop, lecz „drobny oficjalista dworski, strażnik leśny”[26]. Z tego powodu we dworze Morderskiego jest szykanowana tak przez „urodzone” szlachcianki (za aspirowanie do ich klasy), jak i przez służbę, używającą za jej plecami pogardliwego określenia „Bajdulicha”. Po drugie dlatego, że Bajduła to nie pełen godności potomek Piasta Kołodzieja, nie szlachetny przedstawiciel „ludu” idealizowanego przez romantyków oraz pokolenie „cyganerii warszawskiej” i Kolberga. To pijak, oszust i szantażysta. W roku 1855, gdy Fredro pisał Wychowankę, pamięć o rzezi galicyjskiej z 1846 roku była bardzo świeża. Podłość Bajduły przejawia się i w tym, że nachodzi nieszczęśliwą córkę, żąda od niej pieniędzy, korzystając z jej uczciwości i cnotliwej wiary, że trzeba pomagać ojcu, kimkolwiek jest. Mało tego, Bajduła kłamie i zataja przed Zosią fundamentalny fakt, że wcale nie jest jej ojcem, lecz wykorzystał pozory dla swojej wygody i dla zysku. I tu pojawia się trzeci powód napiętnowania. Mitoman, pan Morderski, nie mając legalnego potomstwa, uwierzył, że jest ojcem Zosi. Matką była jakoby nieżyjąca już żona Bajduły. Tak więc Zosia dźwiga też na sobie hańbę matki. W efekcie jest obiektem nienawiści bezdzietnej Reginy, legalnej żony Morderskiego, a także reszty rodziny (zwłaszcza Pauliny) obawiającej się, że wychowanka Morderskiego może stać się także jego spadkobierczynią.

Celina Skarbka miała przynajmniej tę pociechę, że jej Gustaw, choć nieosiągalny, kocha ją naprawdę, troszczy się o nią i jest gotów do małżeństwa bez względu na opinię publiczną. Zosia Fredry nie ma nikogo, boleśnie przeżywa swoją samotność i wyobcowanie. Synowiec Morderskiego, Pan Piotr, przeznaczony jej na męża, budzi w niej wstręt. To człowiek podły. Nie waha się okazywać przyszłej narzeczonej pogardy i z całym cynizmem nie ukrywa, że chce się ożenić wyłącznie dla posagu, jaki Morderski daje wychowance.

Obie dobre i uczciwe dziewczyny, Celina i Zosia, są posądzane przez otoczenie o niemoralność, czyli pokątne romanse. Celina – o romans z Gustawem, Zosia – o schadzki z Narcyzem. Narcyz to żałosny błazen, Pan Piotr to kanalia, a w miarę znośny Pan Wacław, który w końcu zostanie Zosi mężem, też budzi różne wątpliwości, bo długo przyglądał się sytuacji w domu Morderskich i nie spieszył się z pomocą prześladowanej Zosi. Uaktywnił się dopiero, gdy wyszło na jaw, że nie jest ona ani córką degenerata Bajduły, ani bękartem Morderskiego, lecz dzieckiem szlachcica, bohatera, powstańca listopadowego, zmuszonego do ucieczki i oddania dziecka pod opiekę zacnym, jak mu się wydawało, oficjalistom dworskim.

I znów Fredro jest znacznie bardziej gorzki niż Skarbek. Celina i Gustaw ze sztuki Czemuż nie była sierotą? kochają się, jak sam Aleksander Fredro i Zofia z Jabłonowskich, którzy szanując ówczesne wyobrażenia o moralności, przez 11 lat walczyli o prawo do „legalnego” bycia razem, odrzucając podsuwane przez romansową literaturę rozwiązania w rodzaju np. wspólnej ucieczki. I tu pojawia się pytanie najbardziej intrygujące: dlaczego Fredro udaje, że wierzy w szczęśliwe rozwiązanie losu Zosi? Dlaczego wpycha tragedię w gorset sztampowej komedii, z jej tak wyświechtanymi chwytami, jak odnaleziony list czy cudowna zmiana tożsamości? Zosia nagle okazuje się nie tylko szlachcianką i dzieckiem z prawego łoża, ale w dodatku jej ojciec to ikona Polaków – obrońca ojczyzny, który szczęścia w domu nie znalazł, poświęcił się i zginął.

Sądzę, że Fredro celowo spointował Wychowankę konwencjonalnym zakończeniem. Nie jest tak, że jego talent na starość osłabł i wielki komediopisarz nie potrafił już uwolnić się od praktykowanego przez całe życie gatunku. Fredro raczej drwi z nas. Chcecie się pośmiać, no to proszę, śmiejcie się, jeśli uważacie, że jest z czego. Niektóre postaci, jak Narcyz czy Pani Szczekalska, mają rysy wręcz farsowe, i bywało, że aktorzy z upodobaniem podkreślali te właśnie momenty, z łatwością sięgając do oswojonych wzorów grywania Papkina czy Dyndalskiego. Tylko że to nie jest dobra droga. Dyndalskinaprawdę śmieszy, podczas gdy stary sługa Szymon w Wychowance mimo swych dziwactw jest raczej wzruszający, bo on jeden (oprócz Zosi) wykazuje w sztuce trochę ludzkiej wrażliwości i dobroci. Jest charakterem, nie typem.

Lubicie dobre zakończenia – zdaje się dalej mówić Fredro – to proszę, macie, ale nie może ono wyniknąć z logicznego ciągu zdarzeń, bo w takim świecie, w jakim żyje Zosia, szczęśliwego zakończenia być nie może. Trzeba sięgnąć do sztucznego świata sprawdzonych teatralnych chwytów. Wiadomości przywracające Zosi dobre imię są jak czarodziejska różdżka dobrej wróżki w Kopciuszku. Lubimy Kopciuszka? Tak.

Gdyby Fredro zakończył Wychowankę katastrofą, to wpadłby w melodramat, a tego gatunku nie znosił. W wywiadzie udzielonym Kazimierzowi Władysławowi Wójcickiemu w 1869 roku powiedział: „Ja nie umiałem i nie umiem nierządnic brać za bohaterki swoich utworów, jak to teraz moda za przewagą francuską”[27].To zdanie nie jest chyba podyktowane brakiem współczucia dla bohaterek w rodzaju Adrianny Lecouvreur czy Damy Kameliowej, lecz świadomością, że schemat melodramatyczny nie jest w niczym lepszy od schematu komediowego. Komediowe deux ex machina jest tak samo nierealistyczne, jak samobójstwa, obłędy i malownicze umieranie heroin w licznych powieściach i dramatach XIX wieku. Fredrę dręczyło chyba coś innego: nie jak ładnie i wzruszająco umierać, ale jak uczciwie i heroicznie żyć. Większość jego kolegów z kampanii napoleońskiej (a także wybitnych pisarzy jego pokolenia) w latach pięćdziesiątych już nie żyła. W pamięci narodowej największą estymą cieszyli się ci wszyscy, którzy oddali życie za ojczyznę w kolejnych wojnach i powstaniach. Chyba nikt do dzisiaj nie przebadał wnikliwie losów dzieci powstańców. Smutny los Zosi jest znamienny. Fredro przeżył i licząc się z prawami otaczającego go świata oraz ludzkimi możliwościami, starał się uczciwie pracować i działać na rzecz galicyjskiej wspólnoty, dobrze gospodarzyć w swoich majątkach, by nie zaprzepaścić dorobku przodków, założyć rodzinę i wychować dzieci najlepiej, jak to potrafił, stwarzając im możliwie szczęśliwy i bezpieczny dom. Był bliżej idei pozytywistycznych niż niecierpliwości romantycznych samobójców i ofiarników. Właśnie postawa trwania gwarantowała dalsze istnienie narodu, w kontraście do zbiorowych samobójstw z najszlachetniejszych pobudek, jakim stało się wkrótce powstanie styczniowe. Dlatego, jak sadzę, Fredro nie mógł swojej szlachetnej bohaterki uśmiercić. Kazał jej żyć, przełknąć wszystkie upokorzenia i wyjść za mąż za w miarę przyzwoitego, choć przecież niekochanego Wacława. Gdyby się zabiła, to spośród przedstawionych w sztuce postaci ubyłaby jedyna osoba uczciwa.

Wszystkie te sprawy nie wydają się z dzisiejszego punktu widzenia ani przebrzmiałe, ani nieważne. W rozważaniach na temat Polski i Polaków wiek XIX wciąż wydaje się kluczem do współczesnej mentalności.

Z kolei badacze nurtu gender znajdą w Wychowance doskonały materiał do studiów nad sytuacją kobiety w drugiej połowie XIX wieku, nie tylko przyglądając się Zosi (jakże innej od swej imienniczki z Pana Tadeusza), ale także Reginie i Paulinie, których brzydkie postępki wynikają nie tylko ze złych charakterów, ale nade wszystko z sytuacji społecznej, w jakiej znajdowały się kobiety pozbawione życiowej niezależności. Paulinie grozi staropanieństwo, równoznaczne z żałosną wegetacją na łasce kogoś z rodziny, Regina poddana jest psychicznemu terrorowi ze strony męża, który zmusza ją, kobietę bezdzietną, do otaczania niby macierzyńską opieką we własnym domu nieślubnego dziecka swego męża.

Straszne, a chwilami mimo wszystko śmieszne, portrety ludzi w Wychowance, mają rzeczywiście (na co zwracali uwagę powojenni badacze) coś wspólnego z bohaterami Gombrowicza. Dzisiejsi szydercy, prześwietlający narodową mitologię i przekłuwający nadęte balony, mogą znaleźć w starym Fredrze nieoczekiwanego sojusznika. Tym bardziej cennego, że naiwnym czcicielom bogoojczyźnianej przeszłości Polski właśnie Fredro wydaje się sztandarowym piewcą szlacheckiej, dworkowej sielanki (co zresztą mija się z prawdą o komediach Fredry). Autor Wychowanki objawia się jako artysta znacznie bliższy takich twórców, jak Monika Strzępka, Paweł Demirski, Jan Klata, Sebastian Majewski czy Maja Kleczewska, niż konserwatywni obrońcy raju, którego przecież nigdy na ziemi nie było.


[1]Maria z Fredrów Szembekowa, Niegdyś… Wspomnienia moje o Aleksandrze Fredrze, Lwów 1927, s. 79, cyt. za: Kazimierz Wyka, Wstęp, w: Aleksander Fredro, Pisma wszystkie, opr. Stanisław Pigoń, wstępem poprzedził K. Wyka, Komedie. Seria druga,t. VII, PIW,Warszawa 1968, s. 45.
[2] Zofia z Fredrów Szeptycka, Wspomnienia z lat ubiegłych, s. rkpsu 87; cyt. za: Kazimierz Wyka, Wstęp, dz. cyt.
[3] Współcześnie bywa różnie, np. Dobrochna Ratajczakowa nazwała Wychowankę „melodramatem” (Dobrochna Ratajczakowa, Obrazy narodowe w dramacie i teatrze, „Wiedza o Kulturze”, Wrocław 1994, s. 120).
[4] Tamże.
[5] Stanisław Dąbrowski, Ryszard Górski, Fredro na scenie, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1963, s. 161. Dot. rec. w „Dzienniku Polskim” 1877, nr 239.
[6] „Kurier Warszawski” 1881, nr 160.
[7]Orgon [Zygmunt Sarnecki], „Echo” 1881, nr 159 z dnia 20 lipca.
[8] Tadeusz Żeleński (Boy), Obrachunki fredrowskie, w: tegoż, Pisma, t. V, PIW, Warszawa 1956, s. 345.
[9] Kazimierz Wyka, Wstęp, dz. cyt., s. 46.
[10]Tamże, s. 48.
[11]Tamże, s. 51.
[12] Bohdan Korzeniewski, Ciągle Fredro, „Pamiętnik Teatralny” 1958, z. 2, s. 208.
[13] Andrzej Kijowski, Arcydzieło, do którego nie chcemy się przyznać, „Teatr” 1959, nr 11, s. 6–8.[14]Tamże, s. 7.
[15] Paweł Greiner, Werter w spódnicy, „Poglądy” 1963, nr 7 z dnia 15 kwietnia.
[16] Władysław Zawistowski, Felieton przedpremierowy, „Głos Wybrzeża” 1979, nr 14 z dnia 19 stycznia.
[17]Tadeusz Rafałowski, Fredro na serio, „Głos Wybrzeża” 1979, nr 18 z dnia 25 stycznia.
[18] Aleksandra Paprocka, Gorzki Fredro, „Dziennik Bałtycki” 1979, nr 23 z dnia 31 stycznia.
[19] Jerzy Zagórski, Fredro niespodziewany, „Kurier Polski” 1980, nr 160 z dnia 28 lipca.
[20] Andrzej Żurowski, Obca, „Teatr” 1979, nr 9.
[21] Stanisław Tarnowski, O pośmiertnych komediach Fredry, w:tegoż, Studia do historii literatury polskiej. Wiek XIX. Rozprawy i sprawozdania, t. II, Kraków 1896, s. 143.
[22] Piotr Chmielowski, Aleksander Fredro, w: Aleksander Fredro, Komedye. Wydanie zupełne. Poprzedzone wstępem przez Piotra Chmielowskiego, S. Lewental, Warszawa 1898, t. I, s. XVII.
[23] Bogdan Zakrzewski, Aleksander Fredro. W dwustulecie urodzin, w:tegoż, „Spowiednicy” Mickiewicza i Fredry oraz inne eseje, Towarzystwo Przyjaciół Polonistyki Wrocławskiej, Wrocław 1994, s. 222.
[24]Tamże, s. 226.
[25] Barbara Lasocka, podsumowując esej o dramatopisarstwie Fryderyka Skarbka, słusznie stwierdziła: „Dziś, widząc prawdziwe wartości tych trzydziestu pięciu utworów, rzetelnie oceniając ich zawartość, kształt i piękno, dostrzegając tak znaczne pokrewieństwa przede wszystkim z Fredrą, lecz również z Korzeniowskim, nie chciałabym jednak wynosić ich ponad zasługi i potrzeby. Tworzenie spóźnionej legendy byłoby niegodne autora, tego naprawdę rozumnego i uczciwego człowieka. Należy mu się jednak osobne i wcale niepoślednie miejsce w dziejach polskiego dramatu. I mimo możliwości różnej jego oceny to miejsce powinien Skarbek mieć na trwałe” (Barbara Lasocka, Teatr hrabiego Fryderyka Skarbka, w:Dramat i teatr postanisławowski, red. nauk. Dobrochna Ratajczak, „Wiedza o Kulturze”, Wrocław 1992, s. 197).
[26] Stanisław Pigoń, Konflikty i węzły społeczne w komediach Aleksandra Fredry, „Pamiętnik Teatralny” 1958, z. 2, s. 234.
[27] Kazimierz Władysław Wójcicki, Odwiedziny u Aleksandra Hr. Fredry (Z wycieczki naukowej 1869 roku), „Kłosy” 1869, nr 222 z dnia 30 września; cyt. za: „Listy Teatru Polskiego. Zeszyt szesnasty wydany z okazji premiery Wychowanki, sztuki w pięciu aktach wierszem Aleksandra Fredry dn. 16.1.1959 r.”, s. 18.

Podziel sięFacebookEmail
Dołącz do dyskusji

Szanowna Czytelniczko, Szanowny Czytelniku, 

jeśli masz ochotę się ze mną skontaktować (a będzie mi bardzo miło!), to zechciej, proszę, wypełnić poniższy formularz.

Kontakt