Ropuchowata kobiecość, czyli „Przekleństwo” Dudy Paivy

Ropuchowata kobiecość, czyli „Przekleństwo” Dudy Paivy

Pierwodruk: Ropuchowata kobiecość, czyli „Przekleństwo” Dudy Paivy, „Teatr” 2010, nr 10.

Duda Paiva, znany tancerz i lalkarz, występujący (a także nagradzany) na licznych festiwalach, pojawiał się w Polsce kilkakrotnie. Zyskał uznanie swym kameralnym Aniołem, potem w Białostockim Teatrze Lalek wyreżyserował, stworzył lalki oraz zagrał jedną z ról w spektaklu Fasada. Prezentował w Polsce kontrowersyjną Gwiazdę poranną, zaś ostatnio, na XXIV Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Lalkarskiej w Bielsku-Białej pokazał plastyczno-taneczny spektakl bez słów pt. Przekleństwo (Malediction), nagrodzony „za odrębność języka teatralnego” przez Jury Młodych Krytyków. Reakcje festiwalowej publiczności były wyjątkowo rozbieżne, od pochwał (zwłaszcza za lalki i ich animację), po głośne i pełne oburzenia komentowanie kolejnych scen podczas przedstawienia, zniesmaczone miny, określenia: „skandal”, „okropność”, „nic nie rozumiem”. Warto więc może zadać pytanie, skąd aż taka rozbieżność reakcji i o czym właściwie opowiada Przekleństwo.

Dwóch mężczyzn, w białych fartuchach i maseczkach na twarzy, stoi nad stołem operacyjnym lub prosektorskim, na którym, pod białym prześcieradłem spoczywa człekopodobny kształt – jak się okazuje, zielone monstrum płci żeńskiej, nagie, o twarzy odrażającej, łysej staruchy, haczykowatym nosie baśniowej czarownicy, przenikliwych oczach i uszminkowanych ustach. Wspaniale animowana, ludzkiej wielkości lalka z gąbki, będzie w trakcie przedstawienia przedmiotem najróżniejszych działań i operacji, łącznie z kilkakrotną wymianą głowy, rozczłonkowaniem poszczególnych części ciała, sceną kopulacji i porodu. Rzeczywiście, dla części widzów może to być szokujące.

Z drugiej jednak strony przedstawienie ma bez wątpienia wysoki poziom artystyczny. Dwaj aktorzy, a zwłaszcza Duda Paiva, są tancerzami, tańczą solo i w duecie, mają dokładnie opracowany każdy szczegół choreografii, chwilami taniec całkowicie dominuje akcję sceniczną. Lalki, czyli obiekty poddawane animacji, są nie tylko bardzo oryginalne, ale i mistrzowsko wykonane oraz finezyjnie prowadzone. A są to, obok wspomnianej Zielonej, takie postacie, jak kłapouchy piesek, dzieci Zielonej, a także usamodzielniające się kawałki ciał, jak np. same głowy, ręce, korpusy, monstrualna dłoń z chwytliwymi palcami, która atakuje i porywa jednego z mężczyzn na wzór wielkiej łapy goryla z historii o King Kongu. „Taniec” Paivy z ową łapą to pokaz choreograficznego mistrzostwa.

Oprócz stołu i paru rekwizytów przestrzeń sceny komponowana jest przy pomocy luźno wiszących i półprzeźroczystych pasków materii, na które rzutowane są nieprecyzyjne obłe kształty i zmienne światła, głównie w tonacjach zieleni. Czerń kotar i męskich kostiumów, złamana bielą fartuchów i prześcieradła, stanowi tło dla agresywnej zieleni lalek, z wyjątkiem ciepłego beżu sympatycznego pieska. Na tej palecie szczególnej siły nabierają znaczące plamy czerwieni: serce (wkładane i wyjmowane z klatki piersiowej Zielonej), czerwone pantofelki oraz charakterystyczna pelerynka Czerwonego Kapturka.

Skoro twórcy przedstawienia tak wyraźnie odsyłają nas do motywów baśniowych, to co chcą nam przez to powiedzieć, do jakich refleksji i skojarzeń skłonić? Wydaje się, że idąc psychoanalitycznym tropem interpretacji baśni, od Bettelheima po gender i queer studies, poddają wiwisekcji fenomen kobiecości. Ale nie ten model kobiecości lansowany przez współczesną kulturę plastikowych Barbi, których gładkie buzie atakują nas zewsząd – z okładek pism, telewizji, bilboardów i większości reklam, lecz kobiecości postrzeganej jako obrzydliwość.

Naga Zielona jest odrażająca, a jednak myśli o sobie, że jest ponętna. Próbuje uwodzić obecnych przy niej mężczyzn (lekarzy? pielęgniarzy?) mimo wyraźnych z ich strony oznak wstrętu. Dąży do aktu seksualnego, a gdy się jej to nie udaje, ucieka się do poręcznego motywu baśniowego. Jako ropucha (wykreowanie żabiego łba ze zwitka gąbki powinno zachwycić każdego lalkarza!) skłania do pocałunku przerażonego mężczyznę, któremu wmówiono rolę księcia wobec zaczarowanej księżniczki, poprzez nałożenie na jego głowę małej papierowej korony. Choć niechętnie i ze wstrętem, mężczyzna ulega. Dochodzi do kopulacji, mimo pełnego dezaprobaty spojrzenia drugiego pielęgniarza. Zielona uzyskała, co chciała – wykorzystała mężczyznę do swoich oczywistych celów, czyli prokreacji. Rodzi kilkoro zielonych ludzików, bliźniaczo do niej podobnych, a więc przedłuża w ten sposób tylko swoje istnienie.

Mężczyźni próbują jakoś poradzić sobie z zagrażającą im ropuchowatą zielonością. W scenie pikniku, gdy nagle z koszyka z prowiantem wyłazi znów mała zielona istotka, brutalnie  topią ją w szklance wody (mimo jej oporu i wrzasków), a na dodatek usiłują wypić przez słomkę zazielenioną wodę, jakby w rytualnym obrzędzie zjedzenia wroga, by go ostatecznie unicestwić. Nic z tego. Robi się im niedobrze, trzymają się za brzuchy, parskają i plują.

Próbują uczynić wygląd Zielonej nieco znośniejszym na różne sposoby, np. przez zabieg wymiany głowy – z zielonej czarownicy na kremowego, wesołego pieska (nie pierwszy to przypadek, gdy ci, którzy nie lubią ludzi, bardzo lubią zwierzęta). W innej scenie usiłują rozczłonkować jej ciało, jakby w złudnej nadziei, że kawałki będą lepsze od całości. Nawet „przymierzają” niektóre części, np. rękę, do własnego ramienia, testując, czy kawałki mogłyby się na coś przydać. Tych scen nie można oglądać „realistycznie”, bo są surrealistyczne. Ich brutalność i okrucieństwo przypomina Ubu króla Alfreda Jarry’ego i nie powinno się ich odbierać ani dosłownie, ani – broń Boże! – sentymentalnie.     

Inna próba oswojenia przerażającej kobiecości, to udawanie jej. Duda Paiva rozpuszcza długie włosy, nakłada na nie białą opaskę, zdejmuje spodnie, wkłada białą krótką spódniczkę (niewprawnie, zbyt wysoko, niemal pod pachy), i – co najważniejsze – czerwone pantofelki na obcasie (połączone z białymi, dziewczęcymi skarpetkami). Wielokrotnie pisano już o tym, że czerwone pantofelki oznaczają w baśniach kobiecą seksualność. Przebranie bohatera, groteskowo zderzone z jego zarostem, sugeruje próbę wejścia w kobiecość niejako od środka, poprzez wypróbowanie, jak to jest być dziewczynką (skarpetki, opaska na włosach) i kobietą (czerwone pantofle na obcasach). Może to jeszcze nie drag queen, ale jesteśmy blisko. Przebieraniec bardzo się stara, tańczy po kobiecemu, przybiera pozy baletnic, ale kiepsko mu idzie, choć pod względem choreograficznym jest to prawdziwy popis Paivy – świetnie tańczącego, że źle tańczy, zatacza się, potyka. Czerwone obcasiki są z gąbki, więc gdy tancerz staje na palcach, zachowują swój kształt, ale gdy opada na pięty – rozpłaszczają się jak zdeptane kapcie, ironicznie podkreślając niepowodzenie bohatera.  

Ucieczka w dziewczyńskość nie pomaga, bo każdy Czerwony Kapturek ma swojego wilka. Końcowa scena z wielką łapą, ścigającą i łapiącą bohatera, dobitnie ten fakt udowadnia. A łapa jest zielona, jak kobiece monstrum, wydobyte spod prześcieradła na początku spektaklu. Dlaczego zielone? Może na zasadzie skojarzenia z istotami z obcych planet? Przecież podobno kobiety są z Wenus? Kobiecości nie da się usunąć ze świata, więc ci, którzy reagują na nią wstrętem, mają problem. To prawdziwe przekleństwo, jak w tytule spektaklu.

Można by spojrzeć na całą tę historię jak na mroczny obraz antyfeministycznej dewiacji i być może właśnie takie odczucia stały się przyczyną odruchu niechęci i oburzenia części widzów. W końcu urażone mogą się poczuć zarówno kobiety, jak i mężczyźni kobietom życzliwi. Ale taka reakcja wydaje się przesadna, głównie dlatego, że twórcy spektaklu zachowali ironiczny dystans do tego, co czynią. Humor ten jest czarny lub groteskowy i zawsze surrealistyczny. Znów przypomina się Ojciec Ubu – odrażający i straszny, ze swoją maszyna do wymóżdżania czy przepuszczający swych adwersarzy przez maszynkę do mięsa, a jednak jakoś śmieszny.

Wszyscy boimy się manipulacji genetycznych, transplantacji łączących człowieka ze zwierzęciem, upiornych lekarzy i tego, że mogą ze skalpelami w rękach dobrać się do naszych biednych, obnażonych, niedoskonałych ciał. Niejeden filmowy horror już się z tych strachów narodził. Duda Paiva i jego współpracownicy usiłują żartować z tych ponurych tematów, pokazać, dzięki wykorzystaniu lalek, ewentualne przerażające scenariusze tak, by poprzez śmiech mniej się bać. A że przy okazji doszły do głosu antyfeministyczne fobie, to cóż – takie jest prawo artystów, by ujawniali najróżnorodniejsze demony. Ważne jest, że powstało oryginalne dzieło sztuki – teatralnej i lalkarskiej.                          

Podziel sięFacebookEmail
Dołącz do dyskusji

Szanowna Czytelniczko, Szanowny Czytelniku, 

jeśli masz ochotę się ze mną skontaktować (a będzie mi bardzo miło!), to zechciej, proszę, wypełnić poniższy formularz.

Kontakt